Dzisiaj udało mi się ściągnąć 90% starych naklejek oraz wymienić resztę żaróweczek w desce rozdzielczej i na panelu środkowym. Żarówki da się kupić osobno i wystarczy wymienić w cokoliku. Typ żarówki T05 12V 1,2W - kupiłem całe opakowanie 10szt. = 10zł. Po czym skręciłem kokpit. W nawiewach żarówki miały zielony gumowy kondom, który niestety się wziął i skubany uszkodził, więc będę szukał jakiegoś zamiennika tej zielonkawej gumki(folijka od cukierków albo lakier do paznokci, a może zielony marker?), gdyż z prawej strony panel nawiewów świeci zbyt "biało".
Zobaczcie jak ładnie świeci wieczorową porą:
...w tym miejscu pojawił się mały problem, gdyż świeci się kontrolka ładowania, której żarówkę oczywiście też wymieniłem. Szukając rozwiązania problemu ładowania ("qwa, już alternator się wziął i spier... papier?") natrafiłem na informację, że żarówka ta musi być 3W, gdyż wzbudza ona prąd ładowania. Tak więc jutro czeka mnie szukanie nowej żarówki 3W w cokoliku lub na wymianę.
Jeżeli to nie pomoże, to mam w planie wymianę altka na takiego od BMW e30 (podobno po malutkiej przeróbce idealnie pasuje), a oryginalny poldonowy będę miał na wymianę (po uprzedniej naprawie of coz).
Ponadto "po kosztach" kupiłem od znajomego radyjko Pioneer, za oszałamiającą kwotę 30zł, nowoczesne, na CD, stary kaseciak pójdzie jednak w odstawkę, gdyż nie ma RDS.
Patrzcie jakie śliczne:
Montaż i odsłuch nastąpi jutro, gdyż dzisiaj już jest troszkę za ciemno.
Dzisiaj wreszcie mogłem się zająć pierwszymi pracami przy wozie. Na pierwszy ogień zaplanowałem sobie prace "doraźne", niewymagające narzędzi i wielkich nakładów.
Nabyłem żarówki do deski rozdzielczej (4 szt. x 1zł) i zegarku (1szt. x 3zł), bo oprócz kontrolek nic się nie świeciło. Będąc w motoryzacyjnym przez przypadek dojrzałem piękne pokrowce na zagłówki, lśniąco-białe (to one były jak je wyprodukowali 20 lat temu) z czarnym napisem POLONEZ, wiszące na wieszaku jeszcze chyba od czasów PRL (na opakowaniu jeszcze 6-cyfrowy numer telefonu do pani - firmy produkcyjnej z Poznania, i ta gustowna metka narysowana markerem).
Podczas wymiany okazało się, że linka licznika jest przy zegarach zaplombowana oryginalną plombą FSO - wnioskuję po tym, że przebieg 170tys. km. mam oryginalny :)
Podczas rozbebeszania deski oczywiście musiałem coś popsuć (parafrazując "coś trzeba popsuć, by naprawić móc coś"), ale brakło mi już cierpliwości. Inżynierowie z Daewoo-FSO budowali wcześniej chyba czołgi, bo po odkręceniu 6 śrub pochowanych w różnych miejscach, odczepieniu chyba 8 zaczepów (po uprzednim demontażu kratek nawiewów), obudowa deski i tak w jednym miejscu nie chciała puścić. Że ktoś wcześniej już chyba próbował ją zdjąć i napotkał ten sam problem - była nadpęknięta w obu rogach. Długo się nie namyślając naciąłem ładnie nożem i wyłamałem ładnie resztę, na szczęście w takim miejscu, że prawie nie będzie widać ;)
Po namacaniu linki (wie ktoś jak to założyć spowrotem?) i wymianie 4 żarówek decha świeci jak nowa! Jeszcze całej nie złożyłem, jutro muszę jechać po następne żarówki, bo dzisiaj wziąłem tylko 4 (gdyż zapomniałem ze sobą wziąć na wzór i nie byłem pewny, czy dobre kupuję).
Ale po wymianie tych 4 żarówek i tak jest kolosalna różnica:
No i oczywiście w zegarku też wymieniłem, bo spoglądanie na komórkę żeby zobaczyć która godzina nie jest zbyt wygodne w czasie jazdy:
Przy okazji przekonałem się, że mam bardzo ładne oryginalne fabryczne dywaniki "Made by FSO". Mały detal, a cieszy :)
No i na koniec wisienka na torcie, czyli piękne PRLowskie pokrowce, świeżo wyjęte z fafnasto-letniej folijki (co prawda na nieco starszy kształt zagłówka, ale i tak zajebiste :) )
No i wróciłem.
Oto przed domem dumnie stoi lśniący bolid ze stajni Daewoo-FSO. Jak na sportowe samochody przystało - ma czerwony lakier (jak każdy najszybszy samochód - nie na darmo Ferrari wzorowało się na FSO przy projektowaniu F40, poza tym podobno laski na to lecą). Nowoczesna stylistyka wraz ze zgrabną i smukłą bryłą nadwozia jest w niesamowitej harmonii. "Bellisima!" krzyknąłby Canaletto - gdyby jeszcze żył. Nadwozie typu kombi, kratka i wpis w dowodzie "samochód ciężarowy" jest tylko dla zmyłki.
Sportowy charakter nadwozia został podkreślony przez owiewki szyb
tylnych, które wykonane zostały w najnowocześniejszej technologii nanowłókien
węglowych, opracowanych w NASA. Gdyby w Apollo 13 takie mieli, to by nic
im się nie popsuło.
Niesamowicie dynamiczny silnik 1.6 MPI nawet nie wiem ile ma koniuf Mechanicznych, bo boję się zajrzeć w dokumentację techniczną przygotowaną przez najzacniejszych inżynierów z fabryki na Żeraniu (fakt, że aż zamykałem oczy z przerażenia po wdepnięciu pedału i robiłem sięblady z powodu odpływu krwi w kierunku pleców), natomiast moment obrotowy jest iście diabelski, aż zrolowało asfalt u mnie pod domem i teraz muszę jeździć po szutrze (a tylko musnąłem delikatnie gumiakiem pedał gazu...). Jak przystało na sportowy samochód - odpalanie odbywa się za pomocą czerwonego guzika, a nie jak w lamerskich cywilnych samochodach dla blondynek i prezesów, kluczykiem.
Silnik oczywiście zgodnie z najnowszymi przepisami FIA jest doładowany podtlenkiem LPG.
Biegów ma tylko 5, ale za to jakich! "To nie są zwykłe biegi, zaprawdę powiadam Ci ja..." - mówił sprzedający kaszub, i zapewne miał rację.
Gdyby w czasie wyścigu Lotusy zostały w tyle - jest i hak - zawsze można doholować do mety, by nie było zbyt dużej straty czasowej za liderem stawki ;) Zresztą co ja mówię, to nie hak - to istny róg samego szatana! Mógłbym nim statki do portu wprowadzać, gdyby tylko kapitanat w Hamburgu mi zadzwonił z prośbą.
Szyby przyciemnione, żeby blask mej zajebistości nie raził innych kierowców na zewnątrz :)
Mało tego! Trafił mi się egzemplarz z bardzo rzadkiej limitowanej edycji specjalnej "Siberian Hot".
Obojętnie co się pokręci na panelu od nawiewów - na szybę leci gorące powietrze, a fotele obszyte są gustownym futrem z syberyjskiego niedźwiedzia szarego. Prawdziwy rarytas!
Sprzęt audio również najwyższej klasy - Blaupunkt. Niestety w obawie o moje bębenki nie wydał żadnego dźwięku, widocznie jeszcze nie jestem godzien dostąpić tego zaszczytu. W środku znalazłem jeszcze kasetę z przemówieniami Adolfa, zapewne Niemiec płakał jak sprzedawał (radio oczywiście).
Samochód przeszedł już przegląd zerowy w pit-stopie u teścia, naprawiony został tylny stabilizator, który lekko sobie wziął i zgnił, zamocowany jest również akumulator. Nic innego nie wymagało interwencji.
Czas zając się tuningiem, obróbkę metali już miałem na studiach, rozglądam się za podręcznikiem "Podstawy rzeźbiarstwa i rzemiosła artystycznego" żeby nie uszczknąć nic ze świetności po wspaniałych fachowcach serwisujących pojazd do tej pory.
Lecę, póki słońce jeszcze na nieboskłonie pozwala zajrzeć tu i tam.
Fotki dodam jak wrócę...
...UPDATE ...
1. Świetny Krzysztof z patykiem - patron kierujących
2. Audio z epoki: Blaupunkt Hamburg - udało się ożywić :)
3. Lśniący lakier czerwonego demona.
4. Wiecie jak wygląda demon od tyłu? Właśnie tak.
5. Prawy bok wymaga dopracowania przed położeniem nowej powłoki lakierniczej.
Tak oto jutro wyruszam po bolid na wyprawę - piękny, lśniący, krwistoczerwony niczym ferrari,
Polonez Kombi MPI
:)
Marzenia i plany niestety trzeba było dopasować do rzeczywistości rynkowej, niestety karetką w tym roku się nie uda pojechać, bo wszystkie na drugim końcu Polski - co przy cenie samego pojazdu jest wyprawą nie wartą skórki za wyprawkę.
Tak więc (z braku laku i kit dobry) wybór padł na Poloneza Kombi, do którego mam zamiar założyć box dachowy i zmienić instalację gazową na sekwencyjną (podobno da się przy silniku MPI).
Wycieczka po wóz odbędzie się środkami lokomocji łączonymi, w celu obniżenia kosztów, jako że mam do pokonania ponad 300km - to mam nadzieję, że tym razem się nie wkurwię tym co zastanę na miejscu.
Plan podróży:
bus Międzychód-Poznań
tramwaj nr 17
pociąg linii regionalnych do Puszczykowa
stąd zabiera mnie jakiś ktoś z blablacar.pl prawie do Kartuz
kupuję bolid, wpadam do Kartuz zjeść obiad z kumplem ze studiów
zakupionym bolidem pędzę pod Koszalin do teściów na drugi obiad, kolację, flaszkę ze szwagrem i przekimać ;)
wracam do domu
Życzcie mi powodzenia, trzymajcie kciuki, jak zakup dojdzie do skutku to wstawię zdjęcia.
Przesłuchując zawartość znalezionego na parkingu pendrive'a (rozjechany samochodem, 8GB Toshiba - i działa) już wiem, co będzie obowiązkowo hymnem tegorocznej wyprawy:
Nie ma to tamto, muszę nagrać na kasetę, bo jak polonez, to i nośnik z epoki musi być, no nie? Gdzieś powinienem mieć jeszcze taśmy ze Stilonu :)
Dzisiaj dostałem wiadomość, na którą czekałem od trzech tygodni: upatrzony przeze mnie Polonez - karetka, rocznik 2000, z podtlenkiem LPG, zarastający powoli zielonym nalotem organicznym, jednak nie będzie w najbliższym czasie na sprzedaż :( "Syf, kiła i mogiła" - pomyślałem - "Trzeba się wieczorem napić i obmyślić nowy plan.".
Tak więc piszę tego posta spożywając browara (lub spożywam browara pisząc posta - zależnie od punktu widzenia, który znajduje się na wprost siedzenia) i obmyślam nowy plan.
Będąc przy temacie obmyślania planu polecam zapoznanie się z materią w wykonaniu zespołu The Bill:
Na chwilę obecną mam dwa typy Pussy Wagona na oku. Ogłoszenia jeszcze są w sieci, niestety nie wiem, czy aktualne (znając moje szczęście, to pewnie nie). Na domiar złego - oba wozy znajdują się w sporej odległości ponad 300km ode mnie, i przy moim trybie pracy 6-18 jest to spore wyzwanie logistyczne.
W dodatku rozważam zmianę modelu wycieczkowozu z Poloneza na Żuka.
Jednakże nie tracę nadziei, jutro łapię za telefon, jak wszystko pójdzie po mojej myśli, to już w weekend poznacie kandydata na "Eurocopter Złombol Edizione Polonaise/Jucque".