poniedziałek, 5 stycznia 2015
sobota, 6 grudnia 2014
piątek, 24 października 2014
Relacja cz.3
W Słowenii przerwy w podróży robiliśmy tylko na zatankowanie LPG, gdyż nocą niezbyt mieliśmy ochotę na zwiedzanie.
Tak jadąc w nieznane zmierzaliśmy ku przejściu granicznemu niedaleko Triestu. Po drodze na jednej ze stacji benzynowych spotkaliśmy "naszych", którzy jechali przez Węgry drogami lokalnymi. Dowiedzieliśmy się, że na Węgrzech z powodu ulewnych deszczy jest powódź! Jadąc autostradą nie mieliśmy o tym pojęcia, natomiast inne załogi zmagały się z lokalnymi podtopieniami zamieniając swoje piękne PRLowskie bolidy w amfibie.
Nie mamy za dużo zdjęć, gdyż tę część trasy pokonywaliśmy w nocy. Na stacjach benzynowych spotykaliśmy różne wesołe ekipy, każdy wymieniał się chętnie doświadczeniami i przeżyciami.
Docelowym miejscem postoju był camping we Włoszech, w miejscowości Grado.
Na kemping dotarliśmy tradycyjnie z dużym opóźnieniem, jakoś w nocy. Zanim odszukaliśmy załogę Grzmiącego Rydwanu wiozącą część rzeczy Marii i Maćka troszkę nam zeszło, gdyż camping okazał się prze- prze- przeogromny. W końcu szczęśliwi, zmęczeni, rozbiliśmy namiot, wypiłem sobie dwa węgierskie piwa i ułożyliśmy się do snu (uprzednio robiąc spacer na plażę, by zapoznać się z Adriatykiem).
Nazajutrz czekała nas wczesna pobudka, zafundowana przez złombolowy zgiełk i hałas odpalonych o świcie cudów techniki demokracji ludowej. Poznaliśmy przy tej okazji nowych znajomych rozbitych obok nas - ekipę Żulpanter :)
Szybki prysznic, sprawdzenie stanu akumulatora i poziomu wody, doładowanie komórki (dziękujemy panu Austriakowi z campera, który zaoferował pomoc z gniazdkiem 230V w swoim wozie).
Po zapakowaniu wszystkiego do wozu i zjedzeniu szybkiego śniadanka z kawą (odgrzaliśmy przepyszną kaszę z gulaszem przygotowaną jeszcze w domu przez Celinę) pobiegliśmy obejrzeć plażę w jej całej okazałości w świetle dziennym.
Wpakowaliśmy się do wozu, uformowaliśmy kolumnę trzech pojazdów (Grzmiący Rydwan, Żulpanter, DonPoldon) i po uiszczeniu 44EUR za pole kempingowe ruszyliśmy w dalszą drogę.
Po wjechaniu na autostradę w okolicy Monfalcone nie działo się nic spektakularnego. W upale, pilnie bacząc na wskazania temperatury silnika, jechaliśmy autostradą w kierunku Verony, którą mieliśmy w planie zwiedzić. Robiąc przerwę "na siku", tudzież na posilenie się, spotkaliśmy naszych dalszych współtowarzyszy w niebieskim Żuku (team Żukole), którym przewodził "MoNo". Ich Żuk napędzany był silnikiem benzynowym zasilanym LPG, co było rzadkością, gdyż większość Żuków biorących udział w imprezie miało silniki wysokoprężne (czyli mówiąc po naszemu - diesla).
Jadąc dalej kolumną czterech samochodów zatrzymywaliśmy się jeszcze kilka razy. Na jednej ze stacji pan makaroniarz się obraził i nie chciał zatankować nam GPL, aż musiał interweniować Włoch stojący za nami w kolejce.
Na innej stacji Piotr "Diesel" z Grzmiącego wymieniał mrugającą żarówkę LED i poprawiał instalację elektryczną, więc mieliśmy chwilę na obgadanie dalszego planu działania i podziwianie widoków.
Przy okazji pozdrawiamy Terenwizję, przyrządzającą parkingowe macaroni :)
Zapadła decyzja, że jedziemy zwiedzać Veronę, uzupełniamy zapasy spożywcze, a później olewamy camping i walimy gdzieś w okolice Genui (Genova).
...stay tuned...
![]() |
| 14 września o godz. 23:18 tankujemy LPG przy autostradzie w Słowenii |
Tak jadąc w nieznane zmierzaliśmy ku przejściu granicznemu niedaleko Triestu. Po drodze na jednej ze stacji benzynowych spotkaliśmy "naszych", którzy jechali przez Węgry drogami lokalnymi. Dowiedzieliśmy się, że na Węgrzech z powodu ulewnych deszczy jest powódź! Jadąc autostradą nie mieliśmy o tym pojęcia, natomiast inne załogi zmagały się z lokalnymi podtopieniami zamieniając swoje piękne PRLowskie bolidy w amfibie.
Nie mamy za dużo zdjęć, gdyż tę część trasy pokonywaliśmy w nocy. Na stacjach benzynowych spotykaliśmy różne wesołe ekipy, każdy wymieniał się chętnie doświadczeniami i przeżyciami.
Docelowym miejscem postoju był camping we Włoszech, w miejscowości Grado.
![]() |
| Pokonanie tego dystansu zajęło nam ok. 10h |
Na kemping dotarliśmy tradycyjnie z dużym opóźnieniem, jakoś w nocy. Zanim odszukaliśmy załogę Grzmiącego Rydwanu wiozącą część rzeczy Marii i Maćka troszkę nam zeszło, gdyż camping okazał się prze- prze- przeogromny. W końcu szczęśliwi, zmęczeni, rozbiliśmy namiot, wypiłem sobie dwa węgierskie piwa i ułożyliśmy się do snu (uprzednio robiąc spacer na plażę, by zapoznać się z Adriatykiem).
Nazajutrz czekała nas wczesna pobudka, zafundowana przez złombolowy zgiełk i hałas odpalonych o świcie cudów techniki demokracji ludowej. Poznaliśmy przy tej okazji nowych znajomych rozbitych obok nas - ekipę Żulpanter :)
Szybki prysznic, sprawdzenie stanu akumulatora i poziomu wody, doładowanie komórki (dziękujemy panu Austriakowi z campera, który zaoferował pomoc z gniazdkiem 230V w swoim wozie).
Po zapakowaniu wszystkiego do wozu i zjedzeniu szybkiego śniadanka z kawą (odgrzaliśmy przepyszną kaszę z gulaszem przygotowaną jeszcze w domu przez Celinę) pobiegliśmy obejrzeć plażę w jej całej okazałości w świetle dziennym.
Wpakowaliśmy się do wozu, uformowaliśmy kolumnę trzech pojazdów (Grzmiący Rydwan, Żulpanter, DonPoldon) i po uiszczeniu 44EUR za pole kempingowe ruszyliśmy w dalszą drogę.
![]() |
| Pomarańczowy Żulpanter w środku stawki, zmierzamy ku autostradzie |
![]() |
| Piękne lokalne zabytki |
![]() |
| Żukole i DonPoldon tankują GPL (czyli po naszemu LPG) |
![]() |
| Spotkanie na stacji benzynowej. Nysa, DonPoldon, Żukole, Żulpanter, Grzmiący Rydwan. |
![]() |
| A tak wygląda "bilecik" za autostradę w Italii |
Na innej stacji Piotr "Diesel" z Grzmiącego wymieniał mrugającą żarówkę LED i poprawiał instalację elektryczną, więc mieliśmy chwilę na obgadanie dalszego planu działania i podziwianie widoków.
Przy okazji pozdrawiamy Terenwizję, przyrządzającą parkingowe macaroni :)
![]() |
| Buongiorno macaroni Terenwizja ;) |
...stay tuned...
wtorek, 7 października 2014
Relacja z wyprawy cz.2
...ciąg dalszy...
Po zrobieniu zakupów i zatankowaniu na full podtlenku eLPeGie pojechaliśmy dalej. Pod przewodnictwem Grzmiącego Rydwanu pędziliśmy przez Czechy i Słowację, aż zaczął padać gęsty deszcz. W sumie to zaczęło lać... Między nasz mini-konwój wcisnęło się kilka ciężarówek i Grzmiący stracił nas z pola widzenia, dodając do tego problemy z komunikacją przez CB poskutkowało to rozdzieleniem konwoju na najbliższym rozjeździe. Nadrobiliśmy jakieś 15km i pojechaliśmy drogą krajową 65 przez Martin na południe w stronę Węgier. W Martin kupiliśmy 4 karimaty (7EUR/szt, bo w PL mi 15zł w Tesco było za drogo...)
Jechaliśmy górskimi serpentynami całą noc, za kierownicą na trochę zmieniła mnie Celina i Maria. Samochód przy każdym zapomnieniu włączenia dodatkowego wentylatora nam się gotował, na szczęście mieliśmy ze sobą spory zapas wody.
Chcąc zatankować okazało się, że nasi południowi sąsiedzi mają jakiś inny system LPG i możemy się pocałować w d... Zatankowaliśmy więc benzynę i pojechaliśmy dalej.
Nieco wymęczeni (ja po ponad 30h bez snu, prawie 20h za kierownicą) dotarliśmy na nocleg w miejscowości Tata na Węgrzech. Dojeżdżając do noclegu trzymałem już oczy na zapałki a samochód na oparach benzyny lekko świrował, więc na najbliższej stacji uradowani zatankowaliśmy LPG pod korek! Trochę się naszukaliśmy campingu, gdyż adres, który mieliśmy wskazywał na komis samochodowy, a nie camping... No ale w końcu koło godziny 2 w nocy udało nam się trafić. Rozbijanie namiotu mieliśmy w głębokim poważaniu, dlatego też wzięliśmy domek. Różnica w cenie była marginalna (25EUR namiot vs. 33EUR domek z kiblem, lodówką, prądem).
Podłączyliśmy sprzęty do prądu, zapełniliśmy lodówkę i każdy z nas padł jak kawka. Ja ponoć nawet chrapałem, a zdarza mi się to tylko gdy jestem na skraju wyczerpania fizycznego.
Z samego rana, wyspani, wstaliśmy we wspaniałych humorach. Ładne słoneczko zachęcało do wymiany chłodnicy i dalszej jazdy. Po spożyciu śniadania, z małą pomocą Piotra P. z załogi Grzmiącego rydwanu wytargaliśmy starą chłodnicę, wsadziliśmy nową-starą chłodnicę i...
Okazało się, że cieknie. No to szybka akcja, klejenie kitem motoryzacyjnym starej chłodnicy i voila. Mieliśmy godzinkę czasu, aż kit zastygnie, więc dokończyliśmy śniadanie, dopiliśmy kawę, dziewczyny spakowały bolid.
Zalaliśmy poklejoną chłodnicę wodą - naprawa się udała. No to w drogę... O nie, znowu piszczy pasek od alternatora. Nieopatrznie wsadziłem paluchy, gdzie nie trzeba i mi wybiło dwa palce lewej dłoni. Na szczęście Celina z Maćkiem poradzili sobie wyśmienicie z naciągnięciem paska.
Godzina zrobiła się lekko obiadowa, więc podjechaliśmy do Tesco, kupiliśmy co trzeba, m.in. przypomniało mi się, że przydałby się trójkąt ostrzegawczy do auta i może jakaś mapa Europy :)
Posileni ruszyliśmy dalej, podejmując decyzję, że jedziemy autostradą, bo czas goni.
Przy wjeździe na autostradę dowiedzieliśmy się, że potrzebna jest winieta. Kupiliśmy ją na najbliższej stacji benzynowej (mam nadzieję, że nie przyjdzie mi żaden mandat za odcinek wjazd-stacja :P) za 8EUR/tydz. Śmiesznie, bo winietą jest dość długi paragon, na którym wpisują nr. rej. samochodu :)
Uradowani, że na Węgrzech mają normalny system LPG jechaliśmy uradowani. Przyzwyczailiśmy się do piszczącego nieco paska, podziwialiśmy widoki, po raz pierwszy zobaczyliśmy Balaton (no dobra, Maciek już widział wcześniej jako aktywny turysta Polski Ludowej).
Na tym na razię zakończę tę mrozącą krew w żyłach opowiastkę. Oczekujcie kolejnej części niebawem.
Po zrobieniu zakupów i zatankowaniu na full podtlenku eLPeGie pojechaliśmy dalej. Pod przewodnictwem Grzmiącego Rydwanu pędziliśmy przez Czechy i Słowację, aż zaczął padać gęsty deszcz. W sumie to zaczęło lać... Między nasz mini-konwój wcisnęło się kilka ciężarówek i Grzmiący stracił nas z pola widzenia, dodając do tego problemy z komunikacją przez CB poskutkowało to rozdzieleniem konwoju na najbliższym rozjeździe. Nadrobiliśmy jakieś 15km i pojechaliśmy drogą krajową 65 przez Martin na południe w stronę Węgier. W Martin kupiliśmy 4 karimaty (7EUR/szt, bo w PL mi 15zł w Tesco było za drogo...)
Jechaliśmy górskimi serpentynami całą noc, za kierownicą na trochę zmieniła mnie Celina i Maria. Samochód przy każdym zapomnieniu włączenia dodatkowego wentylatora nam się gotował, na szczęście mieliśmy ze sobą spory zapas wody.
Chcąc zatankować okazało się, że nasi południowi sąsiedzi mają jakiś inny system LPG i możemy się pocałować w d... Zatankowaliśmy więc benzynę i pojechaliśmy dalej.
Nieco wymęczeni (ja po ponad 30h bez snu, prawie 20h za kierownicą) dotarliśmy na nocleg w miejscowości Tata na Węgrzech. Dojeżdżając do noclegu trzymałem już oczy na zapałki a samochód na oparach benzyny lekko świrował, więc na najbliższej stacji uradowani zatankowaliśmy LPG pod korek! Trochę się naszukaliśmy campingu, gdyż adres, który mieliśmy wskazywał na komis samochodowy, a nie camping... No ale w końcu koło godziny 2 w nocy udało nam się trafić. Rozbijanie namiotu mieliśmy w głębokim poważaniu, dlatego też wzięliśmy domek. Różnica w cenie była marginalna (25EUR namiot vs. 33EUR domek z kiblem, lodówką, prądem).
Podłączyliśmy sprzęty do prądu, zapełniliśmy lodówkę i każdy z nas padł jak kawka. Ja ponoć nawet chrapałem, a zdarza mi się to tylko gdy jestem na skraju wyczerpania fizycznego.
Z samego rana, wyspani, wstaliśmy we wspaniałych humorach. Ładne słoneczko zachęcało do wymiany chłodnicy i dalszej jazdy. Po spożyciu śniadania, z małą pomocą Piotra P. z załogi Grzmiącego rydwanu wytargaliśmy starą chłodnicę, wsadziliśmy nową-starą chłodnicę i...
Okazało się, że cieknie. No to szybka akcja, klejenie kitem motoryzacyjnym starej chłodnicy i voila. Mieliśmy godzinkę czasu, aż kit zastygnie, więc dokończyliśmy śniadanie, dopiliśmy kawę, dziewczyny spakowały bolid.
Zalaliśmy poklejoną chłodnicę wodą - naprawa się udała. No to w drogę... O nie, znowu piszczy pasek od alternatora. Nieopatrznie wsadziłem paluchy, gdzie nie trzeba i mi wybiło dwa palce lewej dłoni. Na szczęście Celina z Maćkiem poradzili sobie wyśmienicie z naciągnięciem paska.
Godzina zrobiła się lekko obiadowa, więc podjechaliśmy do Tesco, kupiliśmy co trzeba, m.in. przypomniało mi się, że przydałby się trójkąt ostrzegawczy do auta i może jakaś mapa Europy :)
Posileni ruszyliśmy dalej, podejmując decyzję, że jedziemy autostradą, bo czas goni.
Przy wjeździe na autostradę dowiedzieliśmy się, że potrzebna jest winieta. Kupiliśmy ją na najbliższej stacji benzynowej (mam nadzieję, że nie przyjdzie mi żaden mandat za odcinek wjazd-stacja :P) za 8EUR/tydz. Śmiesznie, bo winietą jest dość długi paragon, na którym wpisują nr. rej. samochodu :)
Uradowani, że na Węgrzech mają normalny system LPG jechaliśmy uradowani. Przyzwyczailiśmy się do piszczącego nieco paska, podziwialiśmy widoki, po raz pierwszy zobaczyliśmy Balaton (no dobra, Maciek już widział wcześniej jako aktywny turysta Polski Ludowej).
![]() | |
| Celina za sterem |
![]() |
| Za tymi drzewami, a przed górami jest Balaton - wierzcie mi |
![]() |
| Pędzimy dalej, ku Słowenii |
Lokalizacja:
Tata, Węgry
wtorek, 30 września 2014
Krótkie podsumowanie
Jesteście wielcy! Cały tegoroczny Złombol okazał się wielkim sukcesem. Dla dzieciaków uzbieraliśmy w sumie ponad 650tys. zł!!!
W tym 1500 zł od naszych wspaniałych darczyńców, którym pragnę BARDZO SERDECZNIE PODZIĘKOWAC!
To właśnie dzięki ludziom o tak wielkim sercu jak WY uśmiech gości dzisiaj na twarzach dzieci!
Przejechaliśmy łącznie 5400km, była to dla nas wielka przygoda, lekcja pokory i nauka, co lepiej przygotować na przyszłość. Nie udało się nam dotrzeć do mety, ale biorąc pod uwagę ilość załóg, które w ogóle wróciły na lawecie lub musiały zezłomować pojazd gdzieś po drodze - wygraliśmy! I tak najważniejsze w tym wszystkim są dzieciaki.
Nękani awariami gdzieś na końcu świata, postanowiliśmy powoli wracać zwiedzając Marsylię, Cannes, St.Tropez, Monako, Wenecję, Grado, Budapeszt.
Mam poparzone paluchy i wybite dwa palce lewej ręki, ale było fajnie ;) W końcu to Złombol - ekstremalna wyprawa, a nie niedzielna wycieczka koła gospodyń wiejskich ;)
Mam poparzone paluchy i wybite dwa palce lewej ręki, ale było fajnie ;) W końcu to Złombol - ekstremalna wyprawa, a nie niedzielna wycieczka koła gospodyń wiejskich ;)
Pokonaliśmy mniej więcej taką trasę:
poniedziałek, 29 września 2014
Relacja z wyprawy cz.1
Samochód udało się doprowadzić do stanu używalności w piątek 12-go ok. godziny 23.00. W tzw. międzyczasie około godziny 17-tej po zalaniu płynami okazało się, że cieknie chłodnica. Ale ciekło leciutko i na samej górze, więc nie dokręciliśmy korka by ciśnienie nie wypychało wody, a resztę "się zrobi w drodze".
Zapakowaliśmy się i wyjechaliśmy o 1 w nocy. Do Katowic jechaliśmy całą noc. Samochód ciągle gubił obroty, gasł. Stawaliśmy kilka razy, by zobaczyć co mu dolega. Przyczyną niedomagań była połatana i zaśniedziała instalacja elektryczna.
Jako kierowca, niewyspany, traciłem nerwy jadąc całą noc we mgle, lecz na szczęście Celina za pomocą pilniczków jednorazowych poradziła sobie z regeneracją zaśniedziałych styków, dokręciliśmy "przejściówkę" na alternatorze i jakoś dojechaliśmy do Katowic na start, spotykając po drodze pomarańczowych kolegów w pf125 :)
Przemiła koleżanka Sylwia z przybyłej wcześniej zaprzyjaźnionej załogi Grzmiący Rydwan poczęstowała nas kanapkami, co dało nam sił na dalszą podróż.
Po kilkunastominutowej drzemce, oklejeniu wozu numerami startowymi, zabraliśmy resztę załogi w osobach Marysi i Zientara i ruszyliśmy w drogę tankując po drodze niezbędny LPG. Kupiliśmy też kit epoksydowy motoryzacyjny, żeby mieć czym naprawić chłodnicę na kempingu.
Dosyć szybko udało nam się uwalić pierwszy akumulator, robiąc zwarcie w niesprawdzonej dołożonej instalacji elektrycznej do lodówki. Na szczęście mieliśmy w zapasie drugi.
Dość szybko na górskich serpentynach okazało się, że sączący układ chłodzenia nie mający ciśnienia nie jest na tyle wydajny, by ochłodzić 1,6GSi i zagotowaluiśmy silnik po raz pierwszy jeszcze przed granicą. Dolewka wody załatwiła sprawę i jechaliśmy dalej, od tego czasu cały czas na włączonym z kabiny wentylatorze silnika.
Zapakowaliśmy się i wyjechaliśmy o 1 w nocy. Do Katowic jechaliśmy całą noc. Samochód ciągle gubił obroty, gasł. Stawaliśmy kilka razy, by zobaczyć co mu dolega. Przyczyną niedomagań była połatana i zaśniedziała instalacja elektryczna.
Jako kierowca, niewyspany, traciłem nerwy jadąc całą noc we mgle, lecz na szczęście Celina za pomocą pilniczków jednorazowych poradziła sobie z regeneracją zaśniedziałych styków, dokręciliśmy "przejściówkę" na alternatorze i jakoś dojechaliśmy do Katowic na start, spotykając po drodze pomarańczowych kolegów w pf125 :)
Przemiła koleżanka Sylwia z przybyłej wcześniej zaprzyjaźnionej załogi Grzmiący Rydwan poczęstowała nas kanapkami, co dało nam sił na dalszą podróż.
Po kilkunastominutowej drzemce, oklejeniu wozu numerami startowymi, zabraliśmy resztę załogi w osobach Marysi i Zientara i ruszyliśmy w drogę tankując po drodze niezbędny LPG. Kupiliśmy też kit epoksydowy motoryzacyjny, żeby mieć czym naprawić chłodnicę na kempingu.
Dosyć szybko udało nam się uwalić pierwszy akumulator, robiąc zwarcie w niesprawdzonej dołożonej instalacji elektrycznej do lodówki. Na szczęście mieliśmy w zapasie drugi.
Dość szybko na górskich serpentynach okazało się, że sączący układ chłodzenia nie mający ciśnienia nie jest na tyle wydajny, by ochłodzić 1,6GSi i zagotowaluiśmy silnik po raz pierwszy jeszcze przed granicą. Dolewka wody załatwiła sprawę i jechaliśmy dalej, od tego czasu cały czas na włączonym z kabiny wentylatorze silnika.
piątek, 26 września 2014
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















