piątek, 13 lutego 2015

O, widać kawałek DonPoldona!

Na poniższym filmiku pojawiamy się na ułamek sekundy (w dokładnie 8:00 minucie filmu):

sobota, 10 stycznia 2015

Relacja cz.4

Witajcie po długiej przerwie. Pamiętacie nas jeszcze?

   Otóż kolejny etap naszej podróży postanowiliśmy sobie nieco skrócić, ponieważ tempo podróży szło jak krew z nosa, postanowiliśmy jednak nie zwiedzać Verony, odwiedziliśmy tylko ich Lidla w celu uzupełnienia zapasów i po krótkiej naradzie postanowiliśmy, iż ominiemy następny "oficjalny" kemping i pojedziemy nieco dalej, za to następny etap skróci nam się o ok. 100km. Ponieważ jednak u niektórych natura podróżnika-turysty wzięła górę rozdzieliliśmy się. Marysia z Maćkiem przesiedli się do Żul-panter'a w żuku i pojechali zwiedzać.
   Pędząc z zawrotną prędkością włoskimi autostradami (przypomnę: wiadukt-tunel-wiadukt-tunel-szlaban i tak w kółko) z małymi przygodami (gotujący się silnik pod górkę w słońcu) jechaliśmy beztrosko dalej w nieznane. Jadąc w 3 wozy (DonPoldon, Żukole, Grzmiący Rydwan) było nam całkiem wesoło na trasie, lecz w pewnym momencie załoga "grzmiącego" nas nieco wyprzedziła, gdyż Żukolom w tunelu zgasła maszyna. Szybka akcja ratunkowa, pchanie żuka na pas awaryjny, po chwili zastanowienia jednak żukowi coś tam skapnęło w gaźnik i pojechaliśmy dalej. Gdy się dogoniliśmy załoga grzmiącego postanowiła się posilić na stacji benzynowej, a my dostaliśmy wytyczne gdzie się spotkamy. Niestety, nie udało nam się nigdzie dolać LPG, ale mieliśmy niedługo spocząć na kempingu, poza tym przecież mamy w baku benzynę... Niestety, nadzieja ta okazała się złudna.
   Dotarliśmy do Arenzano. Okazało się, że o czymś takim jak LPG to tam nikt nie słyszał w promieniu 30km. Jeżdżąc górskimi serpentynami Nasz Poldon w pewnej chwili "rzucił palenie" na benzynie również. W tym samym czasie problemy z LPG zaczęła mieć załoga Żukole, bo cosik im się stanęło również z zasilaniem w paliwo. Stanęliśmy przy pięknej restauracji aż zastała nas noc. Załoga "grzmiącego" cały czas szukała kempingu, co okazało się nie lada wyzwaniem, bo "zamknięte, nieczynne, pełen...". W końcu w nocy znaleźli. Na oparach LPG dojechaliśmy na miejsce, jednak cena 64EUR za samochód i 2 osoby była dla nas nie do zaakceptowania. Ponieważ było bardzo ciepło, postanowiliśmy cofnąć się do miasteczka, wykąpać się w morzu, pozwiedzać, poczekać na Maćka i Marysię i się zastanowić co dalej.
Arenzano - główna arteria

A tu parkujemy my, globtroterzy "El Polakko" ;)

Celina przy pomniku na cześć morza

Piękne nadmorskie miasteczko i ja - sam szef wycieczki
...a tu odmacza odciski ;)
Siedząc na ławeczce nadmorskiego bulwaru obejrzeliśmy pościg za złombolowym trabantem. Daleko nie uciekł, za 10min. Carabinieri już go grzecznie prowadzili spowrotem.
Jako, że jesteśmy w czepku urodzeni - ok. 4 w nocy przemknęła kawalkada polonezów, która miała ze sobą speca od tego modelu. Spec ów obejrzał nasz silnik, popukał, podumał, odpiął jakąś czarodziejską rurkę i nasz DonPoldon odzyskał palenie na benzynie. To nas nieco uspokoiło.
   Chciałbym im BARDZO PODZIĘKOWAĆ! Niestety ksywek nie pamiętam, ale fajna zgrana ekipa, namawiająca nas do przyłączenia się. Pewnie gdyby nie bagaże naszych współtowarzyszy byśmy się dołączyli.
   Gdy już pokimaliśmy obudził nas smród spalin i hałas autokaru przyjaznych emerytów zza Odry. Nie spieszyli się zbytnio z wsiadaniem, truli nas dobre 20min (a pamiętamy jakie doświadczenie mają w gazowaniu), każdy jeszcze musiał mi się oprzeć o samochód, zahaczyć lusterko, coś skomentować... Wredni starzy faszy... yyyy... turyści ;)


Tak więc po konkretnej pobudce poszliśmy na plażę i na zakupy.

"taaaak zajedwabiście jest!"

Najpiękniejszy wóz w całej wsi :)

Jeśli wygrałbym kiedykolwiek w totka, to jest to jedno z miejsc, do których chciałbym się przeprowadzić. Taki mały raj na ziemi.
   Czekając na znajomych zrobiliśmy zakupy, spotkaliśmy Edytę z Terenwizji wraz z ekipą (czego efekty widać już na samym początku jej materiału z tegorocznego wyjazdu). Żul-panter pojawił się niebawem i pojechaliśmy dalej, w kierunku Francji.
Wiadukt, tunel, w górę, na dół - ot Włochy
 Minęliśmy Monako zostawiając zwiedzanie na drogę powrotną.


Południowa Francja ma bardzo ciekawą architekturę. Mijaliśmy UFO (chyba stadion), piramidę, blokowisko rejsowe :D


W międzyczasie dołączyliśmy się na jednej ze stacji benzynowych do "Przybysze z Matplanety" i "OSA Team". Obie załogi jechały polonezami, więc było raźniej.
Wieczorem trafiliśmy na wielką stację, na której sprzedawali długo wyczekiwane LPG (zwane u żabojadów żi-pi-el - GPL). Jak nietrudno się domyśleć, stacja dzięki złombolowcom wyrobiła obrót za cały rok ;)
   Zatankowaliśmy, ruszyliśmy dalej, po czym zorientowałęm się, że światła coś coraz mizerniej nam świecą. Zjechaliśmy z autostrady koło Hyeres, okazało się, że po raz kolejny nie mamy ładowania, a akumulator ma mniej niż 9V. A mimo tego Polonez jeszcze jechał!
   Na parkingu spotkaliśmy ekipę naprawiającą swego Żuko-BMW :) Podładowali nas trochę, a trzecia ekipa poszukała noclegu. Po znalezieniu kempingu pożyczyli nam zapasowy akumulator, żebyśmy mogli dojechać. Na miejscu rozbiliśmy namiot, podłączyliśmy do ładowania nasz aku, wypiliśmy wspólnie parę piwek i poszliśmy spać, by następnego dnia z rana dokończyć naprawę.
Po raz kolejny zmieniamy alternator
POZDRAWIAMY SERDECZNIE i dziękujemy za pomoc i pożyczenie kasy na kemping!!! 



   Po wsadzeniu alternatora od SEATa i pysznym śniadaniu rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę, gdyż każdy z nas miał inne potrzeby w zakresie uzupełnienia części zamiennych.
   Udaliśmy się do najbliższego miasteczka w celu wyjęcia gotówki z bankomatu, gdyż niestety francuskie bramki nie przyjmowały zapłaty żadną z naszych 4 kart (ani płatniczych, ani kredytowych). Z uzupełnionym zapasem gotówki wróciliśmy na autostradę i pomknęliśmy już samotnie w dalszą drogę.


...a co będzie dalej, to się okaże...

piątek, 24 października 2014

Relacja cz.3

W Słowenii przerwy w podróży robiliśmy tylko na zatankowanie LPG, gdyż nocą niezbyt mieliśmy ochotę na zwiedzanie.

14 września o godz. 23:18 tankujemy LPG przy autostradzie w Słowenii

Tak jadąc w nieznane zmierzaliśmy ku przejściu granicznemu niedaleko Triestu. Po drodze na jednej ze stacji benzynowych spotkaliśmy "naszych", którzy jechali przez Węgry drogami lokalnymi. Dowiedzieliśmy się, że na Węgrzech z powodu ulewnych deszczy jest powódź! Jadąc autostradą nie mieliśmy o tym pojęcia, natomiast inne załogi zmagały się z lokalnymi podtopieniami zamieniając swoje piękne PRLowskie bolidy w amfibie.
Nie mamy za dużo zdjęć, gdyż tę część trasy pokonywaliśmy w nocy. Na stacjach benzynowych spotykaliśmy różne wesołe ekipy, każdy wymieniał się chętnie doświadczeniami i przeżyciami.
Docelowym miejscem postoju był camping we Włoszech, w miejscowości Grado.

Pokonanie tego dystansu zajęło nam ok. 10h

Na kemping dotarliśmy tradycyjnie z dużym opóźnieniem, jakoś w nocy. Zanim odszukaliśmy załogę Grzmiącego Rydwanu wiozącą część rzeczy Marii i Maćka troszkę nam zeszło, gdyż camping okazał się prze- prze- przeogromny. W końcu szczęśliwi, zmęczeni, rozbiliśmy namiot, wypiłem sobie dwa węgierskie piwa i ułożyliśmy się do snu (uprzednio robiąc spacer na plażę, by zapoznać się z Adriatykiem).
Nazajutrz czekała nas wczesna pobudka, zafundowana przez złombolowy zgiełk i hałas odpalonych o świcie cudów techniki demokracji ludowej. Poznaliśmy przy tej okazji nowych znajomych rozbitych obok nas - ekipę Żulpanter :)
Szybki prysznic, sprawdzenie stanu akumulatora i poziomu wody, doładowanie komórki (dziękujemy panu Austriakowi z campera, który zaoferował pomoc z gniazdkiem 230V w swoim wozie).
Po zapakowaniu wszystkiego do wozu i zjedzeniu szybkiego śniadanka z kawą (odgrzaliśmy przepyszną kaszę z gulaszem przygotowaną jeszcze w domu przez Celinę) pobiegliśmy obejrzeć plażę w jej całej okazałości w świetle dziennym.
Wpakowaliśmy się do wozu, uformowaliśmy kolumnę trzech pojazdów (Grzmiący Rydwan, Żulpanter, DonPoldon) i po uiszczeniu 44EUR za pole kempingowe ruszyliśmy w dalszą drogę.

Pomarańczowy Żulpanter w środku stawki, zmierzamy ku autostradzie

Piękne lokalne zabytki
 Po wjechaniu na autostradę w okolicy Monfalcone nie działo się nic spektakularnego. W upale, pilnie bacząc na wskazania temperatury silnika, jechaliśmy autostradą w kierunku Verony, którą mieliśmy w planie zwiedzić. Robiąc przerwę "na siku", tudzież na posilenie się, spotkaliśmy naszych dalszych współtowarzyszy w niebieskim Żuku (team Żukole), którym przewodził "MoNo". Ich Żuk napędzany był silnikiem benzynowym zasilanym LPG, co było rzadkością, gdyż większość Żuków biorących udział w imprezie miało silniki wysokoprężne (czyli mówiąc po naszemu - diesla).
Żukole i DonPoldon tankują GPL (czyli po naszemu LPG)

Spotkanie na stacji benzynowej. Nysa, DonPoldon, Żukole, Żulpanter, Grzmiący Rydwan.

A tak wygląda "bilecik" za autostradę w Italii
Jadąc dalej kolumną czterech samochodów zatrzymywaliśmy się jeszcze kilka razy. Na jednej ze stacji pan makaroniarz się obraził i nie chciał zatankować nam GPL, aż musiał interweniować Włoch stojący za nami w kolejce.
Na innej stacji Piotr "Diesel" z Grzmiącego wymieniał mrugającą żarówkę LED i poprawiał instalację elektryczną, więc mieliśmy chwilę na obgadanie dalszego planu działania i podziwianie widoków.
 Przy okazji pozdrawiamy Terenwizję, przyrządzającą parkingowe macaroni :)

Buongiorno macaroni Terenwizja ;)
Zapadła decyzja, że jedziemy zwiedzać Veronę, uzupełniamy zapasy spożywcze, a później olewamy camping i walimy gdzieś w okolice Genui (Genova).

...stay tuned...

wtorek, 7 października 2014

Relacja z wyprawy cz.2

...ciąg dalszy...
Po zrobieniu zakupów i zatankowaniu na full podtlenku eLPeGie pojechaliśmy dalej. Pod przewodnictwem Grzmiącego Rydwanu pędziliśmy przez Czechy i Słowację, aż zaczął padać gęsty deszcz. W sumie to zaczęło lać... Między nasz mini-konwój wcisnęło się kilka ciężarówek i Grzmiący stracił nas z pola widzenia, dodając do tego problemy z komunikacją przez CB poskutkowało to rozdzieleniem konwoju na najbliższym rozjeździe. Nadrobiliśmy jakieś 15km i pojechaliśmy drogą krajową 65 przez Martin na południe w stronę Węgier. W Martin kupiliśmy 4 karimaty (7EUR/szt, bo w PL mi 15zł w Tesco było za drogo...)


Jechaliśmy górskimi serpentynami całą noc, za kierownicą na trochę zmieniła mnie Celina i Maria. Samochód przy każdym zapomnieniu włączenia dodatkowego wentylatora nam się gotował, na szczęście mieliśmy ze sobą spory zapas wody.
Chcąc zatankować okazało się, że nasi południowi sąsiedzi mają jakiś inny system LPG i możemy się pocałować w d... Zatankowaliśmy więc benzynę i pojechaliśmy dalej.
Nieco wymęczeni (ja po ponad 30h bez snu, prawie 20h za kierownicą) dotarliśmy na nocleg w miejscowości Tata na Węgrzech. Dojeżdżając do noclegu trzymałem już oczy na zapałki a samochód na oparach benzyny lekko świrował, więc na najbliższej stacji uradowani zatankowaliśmy LPG pod korek! Trochę się naszukaliśmy campingu, gdyż adres, który mieliśmy wskazywał na komis samochodowy, a nie camping... No ale w końcu koło godziny 2 w nocy udało nam się trafić. Rozbijanie namiotu mieliśmy w głębokim poważaniu, dlatego też wzięliśmy domek. Różnica w cenie była marginalna (25EUR namiot vs. 33EUR domek z kiblem, lodówką, prądem).
Podłączyliśmy sprzęty do prądu, zapełniliśmy lodówkę i każdy z nas padł jak kawka. Ja ponoć nawet chrapałem, a zdarza mi się to tylko gdy jestem na skraju wyczerpania fizycznego.
Z samego rana, wyspani, wstaliśmy we wspaniałych humorach. Ładne słoneczko zachęcało do wymiany chłodnicy i dalszej jazdy. Po spożyciu śniadania, z małą pomocą Piotra P. z załogi Grzmiącego rydwanu wytargaliśmy starą chłodnicę, wsadziliśmy nową-starą chłodnicę i...
Okazało się, że cieknie. No to szybka akcja, klejenie kitem motoryzacyjnym starej chłodnicy i voila. Mieliśmy godzinkę czasu, aż kit zastygnie, więc dokończyliśmy śniadanie, dopiliśmy kawę, dziewczyny spakowały bolid.


Zalaliśmy poklejoną chłodnicę wodą - naprawa się udała. No to w drogę... O nie, znowu piszczy pasek od alternatora. Nieopatrznie wsadziłem paluchy, gdzie nie trzeba i mi wybiło dwa palce lewej dłoni. Na szczęście Celina z Maćkiem poradzili sobie wyśmienicie z naciągnięciem paska.
Godzina zrobiła się lekko obiadowa, więc podjechaliśmy do Tesco, kupiliśmy co trzeba, m.in. przypomniało mi się, że przydałby się trójkąt ostrzegawczy do auta i może jakaś mapa Europy :)
Posileni ruszyliśmy dalej, podejmując decyzję, że jedziemy autostradą, bo czas goni.
Przy wjeździe na autostradę dowiedzieliśmy się, że potrzebna jest winieta. Kupiliśmy ją na najbliższej stacji benzynowej (mam nadzieję, że nie przyjdzie mi żaden mandat za odcinek wjazd-stacja :P) za 8EUR/tydz. Śmiesznie, bo winietą jest dość długi paragon, na którym wpisują nr. rej. samochodu :)
Uradowani, że na Węgrzech mają normalny system LPG jechaliśmy uradowani. Przyzwyczailiśmy się do piszczącego nieco paska, podziwialiśmy widoki, po raz pierwszy zobaczyliśmy Balaton (no dobra, Maciek już widział wcześniej jako aktywny turysta Polski Ludowej).
Celina za sterem

Za tymi drzewami, a przed górami jest Balaton - wierzcie mi

Pędzimy dalej, ku Słowenii
Na tym na razię zakończę tę mrozącą krew w żyłach opowiastkę. Oczekujcie kolejnej części niebawem.

wtorek, 30 września 2014

Krótkie podsumowanie

Jesteście wielcy! Cały tegoroczny Złombol okazał się wielkim sukcesem. Dla dzieciaków uzbieraliśmy w sumie ponad 650tys. zł!!!

W tym 1500 zł od naszych wspaniałych darczyńców, którym pragnę BARDZO SERDECZNIE PODZIĘKOWAC!
 To właśnie dzięki ludziom o tak wielkim sercu jak WY uśmiech gości dzisiaj na twarzach dzieci!

Przejechaliśmy łącznie 5400km, była to dla nas wielka przygoda, lekcja pokory i nauka, co lepiej przygotować na przyszłość. Nie udało się nam dotrzeć do mety, ale biorąc pod uwagę ilość załóg, które w ogóle wróciły na lawecie lub musiały zezłomować pojazd gdzieś po drodze - wygraliśmy! I tak najważniejsze w tym wszystkim są dzieciaki.
Nękani awariami gdzieś na końcu świata, postanowiliśmy powoli wracać zwiedzając Marsylię, Cannes, St.Tropez, Monako, Wenecję, Grado, Budapeszt.
Mam poparzone paluchy i wybite dwa palce lewej ręki, ale było fajnie ;) W końcu to Złombol - ekstremalna wyprawa, a nie niedzielna wycieczka koła gospodyń wiejskich ;)

Pokonaliśmy mniej więcej taką trasę: