Oficjalna informacja. ZŁOMBOL 2015 uzbierał rekordową kwotę dla dzieciaków:
Na koncie 734.868,06 zł !!!!!
My dziękujemy jeszcze raz naszemu głównemu darczyńcy, firmie BSK Sp. z o.o.
sobota, 21 listopada 2015
sobota, 20 czerwca 2015
Uwaga! Wolne miejsca na 2015!
Z różnych powodów zwolniły mi się 2 miejsca w ekipie na Złombol 2015! Jedyna okazja! Jest ktoś chętny na przygodę? Czechy-Austria-Szwajcaria-Niemcy-Liechtenstein-Włochy. Szacowany koszt, w zależności od przewidzianych luksusów: 800zł w górę... Chętni proszeni o kontakt mailowy: venioo@poczta.fm.
niedziela, 22 marca 2015
Relacja cz.5
Ponieważ czas ucieka a pamięć jest ulotna, więc reszta relacji będzie już w trybie skróconym.
Szukamy bankomatu (z poprzedniego odcinka):
Po zatankowaniu do kabzy 80EUR (bo więcej nie było w menu żabojadowego bankomatu) pomknęliśmy dalej autostradą nr 8.
Jakiś niewychowany tirman przed nami, "a sam se dupe ssej tej!", a zdjęcie wykonane dokładnie w tym miejscu:
https://www.google.pl/maps/@43.402478,6.215321,3a,75y,316.09h,77.01t/data=!3m4!1e1!3m2!1sl7HASvNTyOCUfaSAiUaEoQ!2e0
Nasze rumakowanie nie trwało zbyt długo, gdyż alternator od Seata wziął i się usmażył był dość szybko. Znów zjechaliśmy z autostrady, tym razem załoga z UAZa z bardzo sympatycznym kolesiem przypominającym Jezusa podłądowała nas i odeskortowała do najbliższej stacji benzynowej (thx) w Aix-en-Provence. Naładowaliśmy akumulator, wesoły "mudzin" jako jedyny z obsługi stacji benzynowej "parlał inglese" i kazał mi zapłacić 5000EUR za podłądowanie aku (uśmiałem się jak norka z tego jego żartu). Zjedliśmy w budzie u Chińczyka jakieś cuda na kiju, kimnęliśmy się, pozwiedzaliśmy i poczekaliśmy aż warsztat przystacjowy otworzą.
W następnym dniu wyspani zabraliśmy się po raz kolejny za wymianę alternatora. Łamanym francuskim wytłumaczyłem miłemu panu z warsztatu, że potrzebuję zrobić "grrrr" na "le alternateur" "avec pneumatique" i odkręciłem sobie koła pasowe z posiadanych alternatorów. Założyliśmy stary alternator z zewnętrznym regulatorem napięcia, 44A musiały nam wystarczyć. Raz ładował, raz nie ładował. Telefon do PL i szukanie warsztatu. Podjechaliśmy kilka km, strefa przemysłowa La Pioline.
Wszyscy elektrycy rozkładali ręce, proponowali wymianę alternatora na nowy od Alfa Romeo 156, ale cena przekraczała wartość DonPoldona. Znaleźliśmu ogromny Carrefour (McDonalds, gniazdka elektryczne, kibel - te sprawy...) i postanowiliśmy Poloneza zezłomować i wrócić stopem do domu. Już i tak minął termin dojechania do mety :( Było nam strasznie przykro, że nie dojechaliśmy, ale mieliśmy nieco większe zmartwienie.
Postaliśmy tam dwa dni, przestudiowaliśmy wszystkie schematy elektryczne, nikt nas nie wyganiał, sklep pod nosem - NAPRAWIMY! MUSIMY!
W międzyczasie załoga PEGAZY wracając już z Lloret wpadła zabrać nam do PL najbardziej cenne rzeczy, jak byśmy jednak musieli złomować. Zostawili nam jeszcze jeden alternator i regulator napięcia. Na parkingu odkryliśmy, że jest za darmo dostępne gniazdko z prądem, więc mogliśmy ładować aku, podłączyć lutownicę, naładować komórki, netbooka :)
Dokładnie, to to żółte na środku - tu znaleźliśmy prąd:
https://www.google.pl/maps/@43.506117,5.399348,3a,75y,185.31h,80.73t/data=!3m4!1e1!3m2!1snNd4YTyAh05JoAVMbaWIlg!2e0
Stojąc te dwa dni rozłożyliśmy pół instalacji elektrycznej, wyrzuciliśmy połowę zaśniedziałych złączek, wątpliwych przedpotopowych kabli, wstawiliśmy nowe, ładnie wszystko oczyściliśmy, polutowaliśmy i EUREKA! JEST ŁADOWANIE!!!
Jako, że do mety już nie mieliśmy po co jechać, a też nie było pewności jak długo nasza naprawa wytrzyma - stwierdziliśmy, że nie jedziemy dalej i robimy sobie prywatnie metę w StTropez.
Żeby nie trzymać dłużej w napięciu zdradzę, że po tej naprawie nie mieliśmy już żadnych problemów z elektryką i bezproblemowo dojechaliśmy do domu.
W drodze do St Tropez przejechaliśmy przez Marsylię, wykąpaliśmy się na plaży sportowej (mieliśmy wizję rajskiego piasku, a tam wszędzie skały - to ma być plaża???)
19 września o 23:40 dotarliśmy do St.Tropez. Masakryczne zakrętasy rodem z filmów o sławnym żandarmie. Pozwiedzaliśmy sobie, pospaliśmy na plaży. Tak przejrzystej wody nie widziałem nigdzie! Obojętnie na jakiej głębokości było widać dno. W porcie jachty, których cena przyprawia o palpitacje serca. Zwiedzając wystawę dzieł sztuki w jednym z muzeów okazało się, że kustoszem jest mieszkająca tam od 1,5 roku Polka, z którą sobie bardzo miło porozmawialiśmy :) Trafiliśmy na jakiś tydzień kultury europejskiej czy coś w ten deseń - codziennie były gdzieś jakieś wystawy albo zwiedzanie za darmo.
Poza galimatiasem architektonicznym, wąskimi uliczkami schodzącymi się pod niewiadomym kątem, wpadliśmy obejrzeć fort. Spaliśmy w samochodzie przy ostatniej plaży na skraju miasteczka. Nawet tam były specjalne kontakty do ładowania pojazdów elektrycznych.
...nie mam siły na więcej dzisiaj, a to tylko kawałek opowiastki, i jedna setna zdjęć.
Obiecuję skończyć tą opowiastkę niebawem. Stay tUUUned ;)
Szukamy bankomatu (z poprzedniego odcinka):
![]() |
| Frejus |
Jakiś niewychowany tirman przed nami, "a sam se dupe ssej tej!", a zdjęcie wykonane dokładnie w tym miejscu:
https://www.google.pl/maps/@43.402478,6.215321,3a,75y,316.09h,77.01t/data=!3m4!1e1!3m2!1sl7HASvNTyOCUfaSAiUaEoQ!2e0
Nasze rumakowanie nie trwało zbyt długo, gdyż alternator od Seata wziął i się usmażył był dość szybko. Znów zjechaliśmy z autostrady, tym razem załoga z UAZa z bardzo sympatycznym kolesiem przypominającym Jezusa podłądowała nas i odeskortowała do najbliższej stacji benzynowej (thx) w Aix-en-Provence. Naładowaliśmy akumulator, wesoły "mudzin" jako jedyny z obsługi stacji benzynowej "parlał inglese" i kazał mi zapłacić 5000EUR za podłądowanie aku (uśmiałem się jak norka z tego jego żartu). Zjedliśmy w budzie u Chińczyka jakieś cuda na kiju, kimnęliśmy się, pozwiedzaliśmy i poczekaliśmy aż warsztat przystacjowy otworzą.
W następnym dniu wyspani zabraliśmy się po raz kolejny za wymianę alternatora. Łamanym francuskim wytłumaczyłem miłemu panu z warsztatu, że potrzebuję zrobić "grrrr" na "le alternateur" "avec pneumatique" i odkręciłem sobie koła pasowe z posiadanych alternatorów. Założyliśmy stary alternator z zewnętrznym regulatorem napięcia, 44A musiały nam wystarczyć. Raz ładował, raz nie ładował. Telefon do PL i szukanie warsztatu. Podjechaliśmy kilka km, strefa przemysłowa La Pioline.
![]() |
| La Pioline - Carrefour po prawej, na wprost widoczne szczyty Pas du Moine |
Wszyscy elektrycy rozkładali ręce, proponowali wymianę alternatora na nowy od Alfa Romeo 156, ale cena przekraczała wartość DonPoldona. Znaleźliśmu ogromny Carrefour (McDonalds, gniazdka elektryczne, kibel - te sprawy...) i postanowiliśmy Poloneza zezłomować i wrócić stopem do domu. Już i tak minął termin dojechania do mety :( Było nam strasznie przykro, że nie dojechaliśmy, ale mieliśmy nieco większe zmartwienie.
Postaliśmy tam dwa dni, przestudiowaliśmy wszystkie schematy elektryczne, nikt nas nie wyganiał, sklep pod nosem - NAPRAWIMY! MUSIMY!
W międzyczasie załoga PEGAZY wracając już z Lloret wpadła zabrać nam do PL najbardziej cenne rzeczy, jak byśmy jednak musieli złomować. Zostawili nam jeszcze jeden alternator i regulator napięcia. Na parkingu odkryliśmy, że jest za darmo dostępne gniazdko z prądem, więc mogliśmy ładować aku, podłączyć lutownicę, naładować komórki, netbooka :)
Dokładnie, to to żółte na środku - tu znaleźliśmy prąd:
https://www.google.pl/maps/@43.506117,5.399348,3a,75y,185.31h,80.73t/data=!3m4!1e1!3m2!1snNd4YTyAh05JoAVMbaWIlg!2e0
Stojąc te dwa dni rozłożyliśmy pół instalacji elektrycznej, wyrzuciliśmy połowę zaśniedziałych złączek, wątpliwych przedpotopowych kabli, wstawiliśmy nowe, ładnie wszystko oczyściliśmy, polutowaliśmy i EUREKA! JEST ŁADOWANIE!!!
Jako, że do mety już nie mieliśmy po co jechać, a też nie było pewności jak długo nasza naprawa wytrzyma - stwierdziliśmy, że nie jedziemy dalej i robimy sobie prywatnie metę w StTropez.
Żeby nie trzymać dłużej w napięciu zdradzę, że po tej naprawie nie mieliśmy już żadnych problemów z elektryką i bezproblemowo dojechaliśmy do domu.
W drodze do St Tropez przejechaliśmy przez Marsylię, wykąpaliśmy się na plaży sportowej (mieliśmy wizję rajskiego piasku, a tam wszędzie skały - to ma być plaża???)
![]() |
| Stateczek |
![]() |
| Dojazd do Marsylii |
![]() |
| Przywitał nas taki ładny korek na wiadukcie. Ani stanąć na papieroska, ani na siku, upał +40*C, gotujący się silnik - jednym słowem masakra. |
![]() |
| Plaże Marsylii |
![]() |
| Pomnik bojowników wszystkich narodów i wyznań walczących o wolność. |
![]() |
| ...druga strona pomnika. |
![]() |
| Panorama |
![]() | |
| Nabrzeże przedmieść Marsylii nocą. |
Poza galimatiasem architektonicznym, wąskimi uliczkami schodzącymi się pod niewiadomym kątem, wpadliśmy obejrzeć fort. Spaliśmy w samochodzie przy ostatniej plaży na skraju miasteczka. Nawet tam były specjalne kontakty do ładowania pojazdów elektrycznych.
![]() |
| Przed budynkiem, gdzie kręcono "żandarma". |
![]() |
| Jacht, przyciąagający swą UFOlogiczną poświatą ryby. |
![]() |
| Widok z zatoki w kierunku St.Maxime |
![]() |
| Plaża za miastem, na której bawiliśmy 2 dni. |
![]() |
| Plaża na skraju miasta, przy której spotkaliśmy rodaków :) |
![]() |
| Widok na miasto ze wzgórza fortecznego. |
![]() |
| Latarnia morska w forcie StTropez, w dole miasto. |
Obiecuję skończyć tą opowiastkę niebawem. Stay tUUUned ;)
środa, 18 marca 2015
Łooo rety rety! Co to się dziejeeee?!?
W tym roku postanowiliśmy zmienić strategię, odwrócić wszystko o 180 stopni, sprzedaliśmy Poloneza (kupiła ekipa, która chce jechać w tym roku na Złombol, więc wóz się nie zmarnuje na pewno), zakupiliśmy Skodę Favorit.
Jednocześnie też zapadła decyzja o przejściu z bloga na facebook, który bardziej przypomina dziennik pokładowy i jest łatwiejszy do uzupełniania z urządzeń mobilnych.
Tak więc zapraszam do zapoznania się z naszym tegorocznym profilem:
Jednocześnie też zapadła decyzja o przejściu z bloga na facebook, który bardziej przypomina dziennik pokładowy i jest łatwiejszy do uzupełniania z urządzeń mobilnych.
Tak więc zapraszam do zapoznania się z naszym tegorocznym profilem:
PS. Relacja z zeszłorocznego wyjazdu zostanie dokończona w najbliższym czasie, więc bądźcie spokojni, jeszcze coś tu naskrobię czasem ;)
piątek, 13 lutego 2015
O, widać kawałek DonPoldona!
Na poniższym filmiku pojawiamy się na ułamek sekundy (w dokładnie 8:00 minucie filmu):
sobota, 10 stycznia 2015
Relacja cz.4
Witajcie po długiej przerwie. Pamiętacie nas jeszcze?
Otóż kolejny etap naszej podróży postanowiliśmy sobie nieco skrócić, ponieważ tempo podróży szło jak krew z nosa, postanowiliśmy jednak nie zwiedzać Verony, odwiedziliśmy tylko ich Lidla w celu uzupełnienia zapasów i po krótkiej naradzie postanowiliśmy, iż ominiemy następny "oficjalny" kemping i pojedziemy nieco dalej, za to następny etap skróci nam się o ok. 100km. Ponieważ jednak u niektórych natura podróżnika-turysty wzięła górę rozdzieliliśmy się. Marysia z Maćkiem przesiedli się do Żul-panter'a w żuku i pojechali zwiedzać.
Pędząc z zawrotną prędkością włoskimi autostradami (przypomnę: wiadukt-tunel-wiadukt-tunel-szlaban i tak w kółko) z małymi przygodami (gotujący się silnik pod górkę w słońcu) jechaliśmy beztrosko dalej w nieznane. Jadąc w 3 wozy (DonPoldon, Żukole, Grzmiący Rydwan) było nam całkiem wesoło na trasie, lecz w pewnym momencie załoga "grzmiącego" nas nieco wyprzedziła, gdyż Żukolom w tunelu zgasła maszyna. Szybka akcja ratunkowa, pchanie żuka na pas awaryjny, po chwili zastanowienia jednak żukowi coś tam skapnęło w gaźnik i pojechaliśmy dalej. Gdy się dogoniliśmy załoga grzmiącego postanowiła się posilić na stacji benzynowej, a my dostaliśmy wytyczne gdzie się spotkamy. Niestety, nie udało nam się nigdzie dolać LPG, ale mieliśmy niedługo spocząć na kempingu, poza tym przecież mamy w baku benzynę... Niestety, nadzieja ta okazała się złudna.
Dotarliśmy do Arenzano. Okazało się, że o czymś takim jak LPG to tam nikt nie słyszał w promieniu 30km. Jeżdżąc górskimi serpentynami Nasz Poldon w pewnej chwili "rzucił palenie" na benzynie również. W tym samym czasie problemy z LPG zaczęła mieć załoga Żukole, bo cosik im się stanęło również z zasilaniem w paliwo. Stanęliśmy przy pięknej restauracji aż zastała nas noc. Załoga "grzmiącego" cały czas szukała kempingu, co okazało się nie lada wyzwaniem, bo "zamknięte, nieczynne, pełen...". W końcu w nocy znaleźli. Na oparach LPG dojechaliśmy na miejsce, jednak cena 64EUR za samochód i 2 osoby była dla nas nie do zaakceptowania. Ponieważ było bardzo ciepło, postanowiliśmy cofnąć się do miasteczka, wykąpać się w morzu, pozwiedzać, poczekać na Maćka i Marysię i się zastanowić co dalej.
Siedząc na ławeczce nadmorskiego bulwaru obejrzeliśmy pościg za złombolowym trabantem. Daleko nie uciekł, za 10min. Carabinieri już go grzecznie prowadzili spowrotem.
Jako, że jesteśmy w czepku urodzeni - ok. 4 w nocy przemknęła kawalkada polonezów, która miała ze sobą speca od tego modelu. Spec ów obejrzał nasz silnik, popukał, podumał, odpiął jakąś czarodziejską rurkę i nasz DonPoldon odzyskał palenie na benzynie. To nas nieco uspokoiło.
Chciałbym im BARDZO PODZIĘKOWAĆ! Niestety ksywek nie pamiętam, ale fajna zgrana ekipa, namawiająca nas do przyłączenia się. Pewnie gdyby nie bagaże naszych współtowarzyszy byśmy się dołączyli.
Gdy już pokimaliśmy obudził nas smród spalin i hałas autokaru przyjaznych emerytów zza Odry. Nie spieszyli się zbytnio z wsiadaniem, truli nas dobre 20min (a pamiętamy jakie doświadczenie mają w gazowaniu), każdy jeszcze musiał mi się oprzeć o samochód, zahaczyć lusterko, coś skomentować... Wredni starzy faszy... yyyy... turyści ;)
Tak więc po konkretnej pobudce poszliśmy na plażę i na zakupy.
Jeśli wygrałbym kiedykolwiek w totka, to jest to jedno z miejsc, do których chciałbym się przeprowadzić. Taki mały raj na ziemi.
Czekając na znajomych zrobiliśmy zakupy, spotkaliśmy Edytę z Terenwizji wraz z ekipą (czego efekty widać już na samym początku jej materiału z tegorocznego wyjazdu). Żul-panter pojawił się niebawem i pojechaliśmy dalej, w kierunku Francji.
Minęliśmy Monako zostawiając zwiedzanie na drogę powrotną.
Południowa Francja ma bardzo ciekawą architekturę. Mijaliśmy UFO (chyba stadion), piramidę, blokowisko rejsowe :D
W międzyczasie dołączyliśmy się na jednej ze stacji benzynowych do "Przybysze z Matplanety" i "OSA Team". Obie załogi jechały polonezami, więc było raźniej.
Wieczorem trafiliśmy na wielką stację, na której sprzedawali długo wyczekiwane LPG (zwane u żabojadów żi-pi-el - GPL). Jak nietrudno się domyśleć, stacja dzięki złombolowcom wyrobiła obrót za cały rok ;)
Zatankowaliśmy, ruszyliśmy dalej, po czym zorientowałęm się, że światła coś coraz mizerniej nam świecą. Zjechaliśmy z autostrady koło Hyeres, okazało się, że po raz kolejny nie mamy ładowania, a akumulator ma mniej niż 9V. A mimo tego Polonez jeszcze jechał!
Na parkingu spotkaliśmy ekipę naprawiającą swego Żuko-BMW :) Podładowali nas trochę, a trzecia ekipa poszukała noclegu. Po znalezieniu kempingu pożyczyli nam zapasowy akumulator, żebyśmy mogli dojechać. Na miejscu rozbiliśmy namiot, podłączyliśmy do ładowania nasz aku, wypiliśmy wspólnie parę piwek i poszliśmy spać, by następnego dnia z rana dokończyć naprawę.
POZDRAWIAMY SERDECZNIE i dziękujemy za pomoc i pożyczenie kasy na kemping!!!
Po wsadzeniu alternatora od SEATa i pysznym śniadaniu rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę, gdyż każdy z nas miał inne potrzeby w zakresie uzupełnienia części zamiennych.
Udaliśmy się do najbliższego miasteczka w celu wyjęcia gotówki z bankomatu, gdyż niestety francuskie bramki nie przyjmowały zapłaty żadną z naszych 4 kart (ani płatniczych, ani kredytowych). Z uzupełnionym zapasem gotówki wróciliśmy na autostradę i pomknęliśmy już samotnie w dalszą drogę.
...a co będzie dalej, to się okaże...
Otóż kolejny etap naszej podróży postanowiliśmy sobie nieco skrócić, ponieważ tempo podróży szło jak krew z nosa, postanowiliśmy jednak nie zwiedzać Verony, odwiedziliśmy tylko ich Lidla w celu uzupełnienia zapasów i po krótkiej naradzie postanowiliśmy, iż ominiemy następny "oficjalny" kemping i pojedziemy nieco dalej, za to następny etap skróci nam się o ok. 100km. Ponieważ jednak u niektórych natura podróżnika-turysty wzięła górę rozdzieliliśmy się. Marysia z Maćkiem przesiedli się do Żul-panter'a w żuku i pojechali zwiedzać.
Pędząc z zawrotną prędkością włoskimi autostradami (przypomnę: wiadukt-tunel-wiadukt-tunel-szlaban i tak w kółko) z małymi przygodami (gotujący się silnik pod górkę w słońcu) jechaliśmy beztrosko dalej w nieznane. Jadąc w 3 wozy (DonPoldon, Żukole, Grzmiący Rydwan) było nam całkiem wesoło na trasie, lecz w pewnym momencie załoga "grzmiącego" nas nieco wyprzedziła, gdyż Żukolom w tunelu zgasła maszyna. Szybka akcja ratunkowa, pchanie żuka na pas awaryjny, po chwili zastanowienia jednak żukowi coś tam skapnęło w gaźnik i pojechaliśmy dalej. Gdy się dogoniliśmy załoga grzmiącego postanowiła się posilić na stacji benzynowej, a my dostaliśmy wytyczne gdzie się spotkamy. Niestety, nie udało nam się nigdzie dolać LPG, ale mieliśmy niedługo spocząć na kempingu, poza tym przecież mamy w baku benzynę... Niestety, nadzieja ta okazała się złudna.
Dotarliśmy do Arenzano. Okazało się, że o czymś takim jak LPG to tam nikt nie słyszał w promieniu 30km. Jeżdżąc górskimi serpentynami Nasz Poldon w pewnej chwili "rzucił palenie" na benzynie również. W tym samym czasie problemy z LPG zaczęła mieć załoga Żukole, bo cosik im się stanęło również z zasilaniem w paliwo. Stanęliśmy przy pięknej restauracji aż zastała nas noc. Załoga "grzmiącego" cały czas szukała kempingu, co okazało się nie lada wyzwaniem, bo "zamknięte, nieczynne, pełen...". W końcu w nocy znaleźli. Na oparach LPG dojechaliśmy na miejsce, jednak cena 64EUR za samochód i 2 osoby była dla nas nie do zaakceptowania. Ponieważ było bardzo ciepło, postanowiliśmy cofnąć się do miasteczka, wykąpać się w morzu, pozwiedzać, poczekać na Maćka i Marysię i się zastanowić co dalej.
![]() |
| Arenzano - główna arteria |
![]() |
| A tu parkujemy my, globtroterzy "El Polakko" ;) |
![]() |
| Celina przy pomniku na cześć morza |
![]() |
| Piękne nadmorskie miasteczko i ja - sam szef wycieczki |
![]() | |
| ...a tu odmacza odciski ;) |
Jako, że jesteśmy w czepku urodzeni - ok. 4 w nocy przemknęła kawalkada polonezów, która miała ze sobą speca od tego modelu. Spec ów obejrzał nasz silnik, popukał, podumał, odpiął jakąś czarodziejską rurkę i nasz DonPoldon odzyskał palenie na benzynie. To nas nieco uspokoiło.
Chciałbym im BARDZO PODZIĘKOWAĆ! Niestety ksywek nie pamiętam, ale fajna zgrana ekipa, namawiająca nas do przyłączenia się. Pewnie gdyby nie bagaże naszych współtowarzyszy byśmy się dołączyli.
Gdy już pokimaliśmy obudził nas smród spalin i hałas autokaru przyjaznych emerytów zza Odry. Nie spieszyli się zbytnio z wsiadaniem, truli nas dobre 20min (a pamiętamy jakie doświadczenie mają w gazowaniu), każdy jeszcze musiał mi się oprzeć o samochód, zahaczyć lusterko, coś skomentować... Wredni starzy faszy... yyyy... turyści ;)
Tak więc po konkretnej pobudce poszliśmy na plażę i na zakupy.
![]() |
| "taaaak zajedwabiście jest!" |
![]() |
| Najpiękniejszy wóz w całej wsi :) |
Jeśli wygrałbym kiedykolwiek w totka, to jest to jedno z miejsc, do których chciałbym się przeprowadzić. Taki mały raj na ziemi.
Czekając na znajomych zrobiliśmy zakupy, spotkaliśmy Edytę z Terenwizji wraz z ekipą (czego efekty widać już na samym początku jej materiału z tegorocznego wyjazdu). Żul-panter pojawił się niebawem i pojechaliśmy dalej, w kierunku Francji.
![]() |
| Wiadukt, tunel, w górę, na dół - ot Włochy |
Południowa Francja ma bardzo ciekawą architekturę. Mijaliśmy UFO (chyba stadion), piramidę, blokowisko rejsowe :D
W międzyczasie dołączyliśmy się na jednej ze stacji benzynowych do "Przybysze z Matplanety" i "OSA Team". Obie załogi jechały polonezami, więc było raźniej.
Wieczorem trafiliśmy na wielką stację, na której sprzedawali długo wyczekiwane LPG (zwane u żabojadów żi-pi-el - GPL). Jak nietrudno się domyśleć, stacja dzięki złombolowcom wyrobiła obrót za cały rok ;)
Zatankowaliśmy, ruszyliśmy dalej, po czym zorientowałęm się, że światła coś coraz mizerniej nam świecą. Zjechaliśmy z autostrady koło Hyeres, okazało się, że po raz kolejny nie mamy ładowania, a akumulator ma mniej niż 9V. A mimo tego Polonez jeszcze jechał!
Na parkingu spotkaliśmy ekipę naprawiającą swego Żuko-BMW :) Podładowali nas trochę, a trzecia ekipa poszukała noclegu. Po znalezieniu kempingu pożyczyli nam zapasowy akumulator, żebyśmy mogli dojechać. Na miejscu rozbiliśmy namiot, podłączyliśmy do ładowania nasz aku, wypiliśmy wspólnie parę piwek i poszliśmy spać, by następnego dnia z rana dokończyć naprawę.
![]() |
| Po raz kolejny zmieniamy alternator |
Po wsadzeniu alternatora od SEATa i pysznym śniadaniu rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę, gdyż każdy z nas miał inne potrzeby w zakresie uzupełnienia części zamiennych.
Udaliśmy się do najbliższego miasteczka w celu wyjęcia gotówki z bankomatu, gdyż niestety francuskie bramki nie przyjmowały zapłaty żadną z naszych 4 kart (ani płatniczych, ani kredytowych). Z uzupełnionym zapasem gotówki wróciliśmy na autostradę i pomknęliśmy już samotnie w dalszą drogę.
...a co będzie dalej, to się okaże...
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































